Odpoczęłam.

Niesamowicie odpoczęłam i nabrałam siły do dalszych działań. Przez kilka miesięcy podróżowałam, czytałam książki i skupiłam się bardziej na sobie niż na pracy zawodowej. Dlaczego? Bo czułam, że się wypaliłam. Wyczerpanie emocjonalne, cynizm, frustracja – takie odczucia towarzyszyły mi przez ostatni czas. Bałam się, że już nie wrócę na dobre tory działania. Ludzie doprowadzali mnie do wściekłości, zniechęcenia, a później już do rozpaczy. Współpracownicy budzili we mnie głównie złość. Miałam poczucie, że nic się nie zmienia. Że stoimy w miejscu i czekamy, nie wiem na co. Jednak zmieniło się! Wreszcie się zmieniło. Choć nie zawsze jest cudownie, ale jest znacznie lepiej. Znowu mi się chce i widzę sens działania!

Ostatnie półtora roku

odbiło się ogromnym piętnem na moim samopoczuciu. Brak urlopu, wyjazdów zagranicznych, chwil odpoczynku i lenistwa spowodowały rozdrażnienie. Niemożność odwiedzania klientów, spotykania się ze znajomymi zablokowały moją motywację. To zjawisko narastało każdego dnia przygniatane niepowodzeniami w pracy. Obserwowałam współpracowników i wydawało mi się, że już nic dobrego z nas nie będzie. Moje obawy skupiały się wokół kilku kwestii:

Jako dobry lider

szukałam motywacji do napędzenia do pracy mojego zespołu. Siedziałam godzinami z zarządem i rozważałam, co jeszcze możemy wymyślić, aby im się chciało chcieć. Premia regulaminowa. Dodatkowa opieka medyczna. Rozmowy, w których przedstawiałam swoje wizje. Podwyżki. Miałam wrażenie, że cokolwiek nie robię i tak nie przynosi to efektu na wszystkich. Zapomniałam o jednym. Najważniejszym, które bardzo dosadnie określiła Oprah Winfrey:

„Twoim dziedzictwem jest każde życie, na które miałeś wpływ. Lubimy myśleć, że to te wspaniałe, filantropijne momenty są tymi, które odciskają swoje piętno albo w widoczny sposób zmieniają świat, ale tak naprawdę chodzi o to, co robisz każdego dnia. O to, jak swoim życiem rozświetlasz życie innych”.

Zapomniałam,

że nie jestem w stanie rozświetlać każdego dnia zespołowi, gdy czuję, że sama nie mam na nic wpływu. Życie toczyło się swoim szybkim rytmem. Ja walczyłam, abyśmy utrzymali się na powierzchni, ale ta walka była skupiona na przetrwaniu. Aż wreszcie stała się celem samym w sobie, który spowodował pominięcie pozostałych celów. Powiecie, zdarza się. Tak. Jasne. Jednak u mnie trwało to za długo.

Teraz już wiem, że ważne jest, aby lider miał poczucie sensu. Ja dopracowałam się wyuczonej bezradności. Czyli uznałam, że na nic nie mam wpływu, więc nie będę walczyć. Życie płynie obok, a ja się jemu przyglądam. Nawet nie bacznie. Tak po prostu. Obserwuję, co się dzieje i nie reaguję. Chciałam przeczekać, aż stanie się lepiej. W efekcie doprowadziłam do momentu, w którym zespół również zaczął działać według mojego schematu. Coś robimy, ale nie dajemy z siebie wszystkiego, skoro sam lider nie sprawia takiego wrażenia.

Unikałam spotkań.

Krytykowałam wiele działań, które uważałam, że zrobiłabym lepiej … gdyby tylko mi się chciało. A, że się nie chciało, to już nie była moja wina. Tak myślałam. Nie chciałam brać odpowiedzialności za swoje działania. Gdy nie wychodziło, to w większości przypadków uważałam, że winę ponosi ktoś inny nie ja. Dlaczego? Bo przecież nie wtrącam się do działania innych, więc jak się im nie udaje, to ich wina.

Czasami próbowałam pomóc, ale wtedy nie radziłam sobie z postawą niektórych pracowników. Tych, którym się nie chciało. Frustracja narastała we mnie. U nich też nic dobrego z tego nie wynikało.

Frustrowało mnie to, że z wieloma członkami zespołu nie mogłam prowadzić dialogu. Dlaczego? Bo gdy pytałam, odbierali to jako podważanie ich zdania. Zaczynali się bronić. To znowu mnie irytowało. Doszłam do wniosku, że bycie liderem jest do niczego. Nie masz prawa pytać, oczekiwać, wymagać, monitorować, bo na końcu zawsze znajdzie się ktoś, kto uzna, że jesteś złym liderem. To przygniatało jeszcze bardziej. Demotywowało mnie tak, że wreszcie jedynym rozwiązaniem było odpocząć. Nie na weekend, kilka dni, ale na dłużej.

Większość wakacji spędziłam w rozjazdach.

Dobrze mi było z tym. Jeszcze jeden przede mną. Nabrałam dystansu. Zauważyłam wiele przyczyn problemów. Zaplanowałam kilka decyzji, ale chciałam jeszcze wyczekać, aby się z nimi oswoić, przeanalizować ponownie. Okazało się, że życie rozwiązało również te wątpliwości we mnie. Zabrało ze mnie stres i spowodowało, że obie strony są zadowolone.

Teraz stoję pewnie. Jestem spokojniejsza. Wreszcie mi się chce! Znowu zaczęłam planować działania, mieć wizje, cele, wyzwania, które chcę podejmować. Znowu czuję, że mogę i potrafię! Mam określone kolejne kroki i wiem, że ich dokonam.

Z tych zdarzeń wyciągam lekcje.

Bardzo ważny jest balans między życiem zawodowym a osobistym. Okazuje się, że nawet szef, który walczy o swoją własną firmę, potrzebuje od niej odpocząć z korzyścią dla siebie, ale również dla zespołu. Nie ma sensu walczyć z każdym dniem, gdy czujesz, że opadasz z sił. Zamiast się dołować i dochodzić do kolejnej ściany, przez którą nie możesz przeskoczyć, złap dystans. Oderwij się od tego, co przygnębia i frustruje. A dopiero później zacznij myśleć. Wtedy już nie czekaj na motywację, tylko działaj! A ona przyjdzie w tego konsekwencji.