Aby nie było, że u nas zawsze tak kolorowo, dzisiaj opowiem Wam o tym jak można wylać dziecko z kąpielą. I prawie zrobiłam to ja! Doświadczony szef. No to jak to było.

Zatrudniliśmy człowieka do działu handlowego. Wydawał się poukładany, ale co najważniejsze bardzo zmotywowany. Nie rekrutowałam osobiście, bo jak pisałam ostatnio: lepiej jak mnie nie ma, bo zagadam na śmierć.  Przyszedł do mojego działu taki oto sympatyczny Rysio. Człowiek skromny i pokorny choć jak już później się okazało nerwowy jak diabli.

Na początku zadania dostawał ode mnie. Później od jego menadżera i…. również ode mnie. Szło trochę jak po gruzie. Mankament miał jeden: tak bardzo chciał i tak szybko, że biegał z takim zapałem jak nikt z nas…tylko nie bardzo wiedział w jakim celu.  Najpierw pobiegł, pomyślał trochę później. Jedno czego nie można mu było odmówić to ogromnych chęci i poczucia obowiązku. O co się go nie poprosiło to wykonał. Niestety nie zawsze dobrze. Po pewnym czasie denerwował mnie coraz bardziej. Mówiłam spokojnie, tłumaczyłam wytrwale, aż mnie już cholera wzięła któregoś dnia i struna pękła! No ileż można tłumaczyć?! Jeden błąd, drugi błąd, trzeci błąd, czwarty błąd……. Co nie zleciłam w większości było z błędem wykonane. Gdy zwracałam uwagę coraz bardziej poddenerwowana, że tak słabo nam idzie współpraca, Rysiek coraz bardziej był zdenerwowany. On walczył o posadę, ja o spokój i poprawnie wykonane zadanie. Któregoś dnia wydawało mi się, że już dalej nie damy rady. No przecież nie można się codziennie denerwować! Im bardziej zwracałam uwagę, tym więcej nerwów nas to kosztowało. Pomyślałam: szału nie ma, czas się żegnać. No, ale przecież nie powiem bezpośredniemu przełożonemu Ryśka, że go zwalniam ot tak. Trzeba z nim porozmawiać. Wypytać jak ocenia pracę swojego kolegi. Czy  jest równie „zadowolony” jak ja? Byłam przekonana, że mam rację w stu procentach! Dałam szansę wielokrotnie. Tłumaczyłam milion razy. Nic więcej zrobić nie mogłam! Nawet jeszcze wczoraj zaprosiłam Ryśka na rozmowę, aby mu powiedzieć, że ma się wziąć w garść i zacząć pracować poprawnie. I? I nic. Dzień po dniu kolejne błędy. Widać było jak bardzo się denerwował tymi spotkaniami ze mną. Niechęć narastała każdego dnia. Niechęć z bezsilności i wiecznego tłumaczenia. W końcu nikt nie powiedział, że ja jestem cierpliwa! Powiem więcej. Nie jestem.

Porozmawiałam z jego przełożonym. Tak. Przełożonym. W końcu chodziło o rozmowę dyscyplinującą jego pracownika, więc hierarchia musiała być! Tłumaczyłam zawile i zawzięcie, że z niego nic nie będzie. Że nie ma szans. Że zbyt się stresuje. Że nie mam siły już więcej tłumaczyć. Że najszczerzej w świecie mnie wkurza. Tak! Wkurza! Że jak sobie nie podetnę żył, to przegryzę jemu. Że albo on albo ja. Same rzeczowe, bezemocjonalne argumenty. Gdyby tak ktoś stał z boku to powiedziałby: WARIATKA! :O A jaka była reakcja menedżera? „Małgorzata, pozwól, że się tym zajmę.” Pytałam, błagałam, używałam mniej lub bardziej istotnych argumentów……i nic. Totalnie nic. Ten jak się uparł, to zwolnić nie chciał. W ciszy umysłu pomyślałam złośliwie: A niech to piorun strzeli! A zaraz po tym: No dobra. Sam mój drogi się przekonasz! Od tego momentu strzelając focha siermiężnego uznałam, że to już nie mój problem. I jak typowa baba, co chwilę sprawdzałam czy aby na pewno menedżer nie miał dosyć. Z dnia na dzień, żyjąc w wielkim przekonaniu, że Rysiek nie da rady, a kres jego pracy niedługo przyjdzie, zapominałam, że istnieje problem. Ten nie wchodził mi w drogę, a jego przełożony nic nie wspominał. Rysiek starał się unikać mnie, a ja też nie wychylałam się z inicjatywą współpracy. Gdy potrzebowałam wsparcia z działu handlowego prosiłam jego menedżera choć wiedziałam, że on zleci to Jemu. Emocje opadały, ale nie na tyle, żeby Mu zaufać. O co to, to nie! Mijały tygodnie, miesiące, aż przyszedł czas, że Rysiek zniknął. No bezczelny poszedł na urlop. I nic by w tym nie było dziwnego (w końcu ludzie na urlopy chodzą), tylko chodzi o to, że mi Go zabrakło. A kto miał mi zrobić kolejną kalkulację jak Go nie było? Kto mnie miał powitać z uśmiechem (mimo mej wredoty wrodzonej) skoro Jego nie było?

Gdzie miałam iść poplotkować na przerwie i pośmiać się do łez jak Go nie było? A kto miał odpowiedzieć czy zamówienia idą w terminie? Kto miał znaleźć w 5 sekund „nieznajdywane” w internetach??? Kto miał wykona niewykonalne? Kto? Kto? Kto? I zero odpowiedzi…bo Rysia nie było.

Okazało się, że wystarczyło Mu odpuścić. Odsunąć się od współpracy. Pozwolić działać bez ciągłego mojego nadzoru. Nie pakować się tam gdzie nie powinnam od początku. Ile to zaoszczędziłoby nam nerwów?! Tutaj muszę oddać szacunek dla Jego kierownika. Gdyby nie Ty, stracilibyśmy jednego z lepszych pracowników naszej firmy!

Jakie z tego wnioski?

  1. Zamiast krytykować niszcząc w ten sposób z dnia na dzień potencjał pracownika, spróbuj doceniać małe rzeczy, których dokonał.
  2. Nie bądź harpią. Nie rzucaj się na pracownika zaciekle. Czasami warto jest mu dać szansę zanim go zagryziesz.
  3. Złap dystans. Pomogło w naszej relacji jak nic.
  4. Miej zaufanie do swoich menedżerów. Jak Ci mówią, że jesteś w błędzie, to im zaufaj. Kto zna własnych ludzi lepiej niż oni?
  5. Wsadź w kieszeń swoje wojskowe zapędy! Hart ducha ćwiczymy w ekstremalnych sytuacjach poza firmą. W firmie mamy współpracować.
  6. Nie czyń drugiemu co Tobie nie miłe. Nie stresuj człowieka ciągłymi pytaniami, bo zejdzie na zawał a i tak lepiej pracy nie wykona w takim stresie.

Jak brzmi podsumowanie?

Dziękuję Ci Ryśku za to, że wykazałeś się niesamowitymi kompetencjami, zacisnąłeś pięści i zawalczyłeś o nas wszystkich. O siebie, aby pozostać w firmie, ale też o moją firmę, bo bez Ciebie to już nie byłoby to samo. Dziękuję, że mogę na Ciebie zawsze liczyć a Mistrz i Małgorzata jeżdżąc do klientów są spokojni, że na miejscu w komnatach wszystko gra.  A tak poważnie? Podsumowanie jest jedno. Czasami warto odpuścić i pozwolić ludziom działać. Przyglądać się i monitorować z oddali. Później siedzieć i podziwiać jakich osiągnięć dokonali. To była moja lekcja. Pokory i skruchy. I jak to mówią: lepiej późno niż wcale.  Człowiek wciąż uczy się na własnych błędach.