Jedynie inżynier może czuć się w miarę swobodny w decyzjach po tym jak już nie ma z nami Wszechwiedzącego. Tu się nie zna, więc nie będzie rządzić. Chwała najwyższemu, że jestem inżynierem.

„Czy mogę wpaść na słówko do ciebie?” „Masz chwilkę dosłownie na jedno zdanie?” „Pani Małgorzato, czy możemy teraz porozmawiać?” „Potrzebuję twojej decyzji.” „Kiedy możemy porozmawiać?” To tylko niektóre zdania wypowiadane każdego dnia przez moich pracowników jeszcze kilka miesięcy temu.  Wydawało mi się to takie naturalne. Moja firma. Moi pracownicy. Moje decyzje. Mój świat. Aż doszłam prawie do… moje wariatkowo w natłoku codzienności! Cóż, chciałoby się rzec: „Wolnoć Tomku w swoim domku!” Ale czy faktycznie tak jest?

Jak żyć, kiedy z każdą decyzją muszę się wyrobić na czas, a tego „cholerstwa” są miliony?! No przecież się nie rozdwoję! Dlatego pracowałam jak wariatka od rana do nocy. Przychodziłam do domu i pracowałam dalej. Czasami nawet nie zjadłam do nocy, bo nie było czasu. Obowiązki domowe plus firmowe powodowały takie zawirowania, że w konsekwencji nie wiedziałam za czym pędzę pod koniec tygodnia, ale pędziłam dalej. Trochę jak ten zając co gna na oślep, bo mu się wydawało, że go wilk goni.  Kiedy mój mąż mnie pytał kiedy odzyska żonę, odpowiadałam, że jeszcze tylko chwilka, ostatni kontrakt dopilnuję, wybuduję firmę, dopnę zamówienia…i już będę ukochaną żoną i matką. Ta matnia prowadziła mnie po równi pochyłej. A co najgorsze, nie widziałam wyjścia. W głowie tylko jedna myśl: to firma rodzinna, a ja w niej jestem niezastąpiona. A jednak, któregoś dnia, przekonałam się, że życie najpierw wydaje się dramatycznym nieosiągalnym wyzwaniem, za które kilka miesięcy później chciałam dziękować Najwyższemu, że się tak stało.

Był ostatni dzień miesiąca. Słoneczny i ciepły. Ostatni też dzień pracy Wszechwiedzącego, z którym przepracowałam ostatnie 15 lat. Obrażony i w poczuciu niesprawiedliwości podjął decyzję o odejściu. Nie zatrzymywałam. Z jednej strony zastanawiałam się jak to będzie. Czasami nawet przychodziło mi do głowy, że nie dam rady, że nikt nie będzie w stanie tak dobrze obsłużyć klienta jak on. Z drugiej strony marzyłam już o tym, aby odszedł i przestał mnie męczyć swą niestabilnością emocjonalną. Był wampirem energetycznym. Kimś kto wysysał soki z większości nas, pracowników firmy. I stało się. Opuścił nasze szeregi, a ja wraz z nowym kolegą zaczęłam budować swoją firmę na nowo. Dość szybko przekonałam się, że ludzie byli hamowani w rozwoju dzięki Jego obecności. Mieli pomysły, ale nie mieli odwagi ich realizować, bo gdy je zgłaszali rozwiązania były dwa: albo się nie podobały i byli krytykowani, albo się podobały i… wciąż byli krytykowani. Z tą tylko różnicą, że po kilku dniach czy tygodniach pomysły wychodziły na światło dzienne, ale już spod innych skrzydeł. Jego skrzydeł…

To był trudny czas dla nas wszystkich. Musiałam objąć dwa stanowiska równocześnie. Decyzyjność związaną z moją firmą i jej obszarem działalności, ale także nauczyć się obsługi klientów z rynku polskiego. Kolega z działu był na tyle pomocny, że razem ze mną przemierzył wtedy Polskę wzdłuż i wszerz. Wspierał kiedy traciłam nadzieję, bądź biegał nakręcony razem ze mną kiedy przynosiliśmy do firmy kolejne zamówienia od nowych klientów. Bardzo intensywny czas, w którym zrozumiałam, że ja nie mogę decydować o wszystkim. Nawet gdybym chciała, to nie było mnie w pracy, bo wciąż podróżowałam. Na początku tego okresu byłam w stanie decydować zdalnie, ale już później sprawy nawarstwiały się tak, że moja nieobecność blokowała decyzyjność i funkcjonowanie całej spółki. Tak dalej być nie mogło! Postanowiłam to zmienić.

Kilka rozmów z kadrą zarządzającą i będzie dobrze – pomyślałam, a za chwilę przystąpiłam do działania. Jedno spotkanie, drugie spotkanie i już. No może jeszcze kilka i zrozumieją, że od dzisiaj rządzą sami i nie trzeba się ze mną konsultować. Mogą decydować, więc i ja będę miała więcej czasu dla siebie. Wydawało się proste, ale….

Jak przekonać ludzi do samodzielnego działania, kiedy przez większość czasu przepracowanego u mnie musieli konsultować swoje każde posunięcie? Nie ma szans! To proces długotrwały i skomplikowany. Dobrze pisał Ken Blanchard, że odpowiedzialność przekazujesz w takim stopniu w jakim przekonałeś się, że możesz polegać na kierowniku. Ale, żeby się przekonać, to musisz mu oddać pałeczkę władzy i odpowiedzialności, i wracamy do punktu wyjścia. I jak wybrnąć z tego impasu? Postanowiłam walczyć. Walczyć ze sobą i własnym przekonaniem, że zrobię najlepiej. Walczyć o to, aby menedżerowie chcieli decydować. Wspierać ich w podejmowaniu decyzji. Walczyć też o to, aby zamiast podejmować decyzje za nich, być ich mentorem i coachem. To trudne. Czasami bardzo trudne. Czasami mam poczucie jakbym stała w miejscu. Z jednej strony, bo są ludzie, którzy za żadne skarby świata nie chcą decydować i brać  odpowiedzialności za swoje decyzje. Z drugiej strony dlatego, że ja nie chcę oddać im tej decyzyjności mimo tego, że się zarzekam, że chcę.

Ale nie ma też co narzekać! Ostatnio zrobiłam rachunek sumienia i wyszło mi, że jest znacznie lepiej niż było. Po odejściu kilku kierowników na początku tego roku, zmieniła się totalnie atmosfera w firmie. Skończyło się zwalanie odpowiedzialności bądź oczekiwanie na chętnego, który ją przejmie. Nie ma wiecznego narzekania i marudzenia jaki świat jest niesprawiedliwy i ile jest obowiązków. Nikt nie szuka powodu do obrabiania tyłka innym. Nagle zrobiło się normalnie. Tak po prostu, bez zatruwania życia innym. Nagle szefowa zrobiła się ludzka, bo Wszechwiedzący przestał zatruwać życie. No i HRy są najbardziej pozytywnie zakręconym działem, który zaraża swym optymizmem od wielu miesięcy. Aż chce się żyć! To jak w takim razie oddać tę władzę? Jaki mam na to przepis?

Po pierwsze, powoli. Pośpiech wskazany przy łapaniu much. Daję tyle na ile mnie stać. Jeśli za mało, to pracuję nad więcej, ale też nie forsuję się na siłę, aby sztucznie przekazać coś co za chwilę nieświadomie będę odbierać.

Po drugie, systematycznie. Najważniejsze dla mnie jest to, aby nie odpuszczać, nawet wtedy kiedy wydaje mi się, że wracamy do punktu wyjścia i znowu rządzę jak dawniej: odgórnie i autonomicznie. Często wtedy pytam o zdanie współpracowników, co myślą na ten temat i dostaję prawdą w oczy.

Po trzecie, konfrontacja. Magiczne słowo. Zadaję pytanie: Jak jest? I dostaje odpowiedź: Nijak. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. No to nie ma co się oszukiwać. Znowu analizuję swoje postępowanie. Szukam sposobu na powrót do złożonej sobie obietnicy, że nie będę się wcinać własnym ludziom. I zaczynam od nowa. Każdego dnia. Starając się codziennie iść krok dalej w swoim postępowaniu.

Po czwarte, nie poddaję się. Czasami słyszę: Małgorzata, no odpuść może. Zaufaj. To mnie cuci w swym postępowaniu. Daje informację, że nie jest tak dobrze jak myślałam z tym oddawaniem władzy. Te moje zapędy są czasami tak silne, że gubię się w swych postanowieniach.

Przestaliśmy być firemką, a staliśmy się firmą, w której zatrudnionych jest ponad 85 osób. Wiem, że oddać ludziom decyzyjność to jedyny sposób na rozwój. Bardzo cenię sobie konsultacje z nimi. Większość z menedżerów, to ludzie, którzy są na tyle odpowiedzialni, że nie trzeba im mówić co mają robić. Trzeba ich wspierać, monitorować, podpowiadać słuszną drogę, ale nie decydować za nich. To ich wielokrotnie frustruje, jeśli idę za daleko. Prawdą też jest, że nie korzystać z ich wiedzy i doświadczenia, to działać na szkodę spółki. A który szef jest tak głupi, że mając tego świadomość działa wbrew? Ja nie! Stąd moje usilne starania o oddanie władzy ludziom w zakresie ich obowiązków. Kiedy mi się to uda? Wtedy, kiedy nabędę przekonania, że wiedzą kiedy trzeba przycisnąć, kiedy odpuścić, a kiedy po prostu brać byka za rogi i walczyć do upadłego o lepsze jutro. Moja firma to moi ludzie. I choć czasami popadam w przekonanie, że nic o mnie beze mnie, to szybko wracam do punktu wyjścia. Kiedyś myślałam, że pracownik będzie pracował dobrze wtedy, kiedy mu dobrze zapłacę. Dzisiaj wiem, że płaca to nie wszystko. Ludzi motywuje możliwość decydowania, swoboda działania, wsparcie ze strony szefa i kolegów, możliwość awansu i wiele innych pozapłacowych czynników. Mądry szef, to jeden z nich. Staram się spełniać te wymagania. Najbardziej w stosunku do siebie. Zapewne nie wychodzi mi zawsze, ale nie poddam się dopóki moi ludzie nie przejmą decyzyjności wraz z odpowiedzialnością za własne obszary. Wielu już dawno pokonało tę drogę, inni są w połowie, a jeszcze inni na początku. Jestem przekonana, że mądry szef to taki, który pokazuje swoim ludziom jak mają być samodzielni i wspiera ich każde działania, nawet te, które wydaje się, iż zrobiłby lepiej. Bo czyż nie na tym polega nauka, aby popełniać błędy? Kiedyś usłyszałam, że dobry menedżer to nie ten, który unika błędów, a ten, który potrafi z nich wyciągać wnioski. I tym się kieruję w zarządzaniu firmą i moim teamem.