No co? Że wstyd? No przecież nie o to chodzi, że faktycznie nie wiedziałam – aż tak durna nie jestem – dowiedziałam się że mam tam fajnych ludzi. No dobra wiem, wiem, że wstyd, że powinnam znać, że lepiej nie pisać, bo zlinczują czytelnicy. Ale co mi tam?! Obiecałam sobie, że blog będzie szczery, więc jadę z tą opowieścią!

No to mam ci ja faktycznie fajnych ludzi. Takie niby trywialne, ale jak cholernie istotne. Cóż ja bym bez Was? Nawet nie chcę myśleć.

Jak to w każdej firmie bywa ludzie przychodzą i odchodzą. Ci bardziej złośliwi wyrażają swoje niezadowolenie pod zakamuflowanym nickiem w Internecie. Bardziej odważni mówią wprost czy są zadowoleni czy nie. I wcale nie muszą się zwalniać, aby powiedzieć to co myślą. Jeden z moich pracowników działu produkcji, którego zatrudniałam osobiście, rozłożył mnie na łopatki emocjonalne.

Mieliśmy reklamację. Taką bardzo ważną dla nas. Była naprawdę duża. Z resztą już kolejna, która wprawiała nas w osłupienie, że to w ogóle możliwe. Jakby tego było mało, to dział jakości odkrył, że wyprodukowaliśmy kilka tysięcy sztuk tzw. wyrobu niezgodnego! Pierwszy raz w życiu zdarzyła się taka historia w mojej firmie!!! Okazało się, że produkowaliśmy bubel przez kilka zmian i nikt z pracowników nie zorientował się, że jest coś jest nie tak. I to pomimo tego, że pracownicy muszą mierzyć wyroby co chwilę i sprawdzać czy są one zgodne z rysunkiem. Reklamacja ogromna. Straty jeszcze większe. Pieniądze wyrzucone w błoto. Pytam kierowników: kto jest za to odpowiedzialny. Okazuje się, że detal był tak długo produkowany, że wszyscy się załapali na jego produkcję. Myślę: Niewiarygodne!!! Niemożliwe!!! No bez przesady!!! Gdzie byli brygadziści zmiany?!

Dość szybko doszliśmy do tego kto zawinił. Dokładnie kilka osób, w tym mój jeden z lepszych pracowników. Siedzieliśmy i główkowaliśmy z menedżerami co zrobić w takiej sytuacji. Po pierwsze wiedzieliśmy, że firma poniosła straty finansowe. Po drugie, że ludzie muszą ponieść konsekwencje. Po trzecie, byłam wściekła i bardzo zawiedziona. Chciałam ukarać w odwecie wszystkich, którzy zawinili. Tak czysto po ludzku miałam dość. Z jednej strony mieliśmy mnóstwo pracy, a z drugiej okazało się, że jakaś ekipa produkuje wyroby niezgodne i nie zauważa, że są niezgodne! Gdyby to jeszcze było tak, że to wada ukryta. Ale oni po prostu nie mierzyli, albo robili to niechlujnie.

Zachowując resztki spokoju, poprosiłam kilku menedżerów o wspólną analizę. Doszliśmy do wniosku, że musimy obciążyć tymi kosztami pracowników. Reklamacja była. A do tego ewidentna wina pracowników przez niedopatrzenie czy niechlujstwo. Sprawdziliśmy kilkukrotnie kto zawinił. Czy były jakieś okoliczności które powinniśmy wziąć pod uwagę? Porozmawialiśmy z pracownikami pytając dlaczego do tego doszło i usłyszeliśmy, że nie wiedzą czemu tak się stało. To było jeszcze bardziej załamujące niż gdybym usłyszała, że wiedzą! Cóż, pomyślałam, chcecie? Proszę bardzo! Wam nie zależy! Mi też nie! Będziecie płacić zgodnie z Kodeksem Pracy!

Nauczyłam się jednego, że gdy jestem wzburzona, to jest lepiej gdy daję sobie dzień oddechu i zastanowienia. Dlatego zanim zaczęłam pluć jadem, postanowiłam wstrzymać się na weekend z wszelkimi decyzjami. Jakież było moje zdziwienie kiedy jeden z pracowników napisał do mnie na Messengerze, że chciałby porozmawiać. Był sobotni wieczór, późny wieczór. Pomyślałam sobie, że to musi być ważne. Odpisałam: dzwoń! W telefonie usłyszałam załamany głos mężczyzny, który podziękował mi za to, że zechciałam porozmawiać. Powiedział mi, że jest mu bardzo źle, że tak nawalił. Stwierdził, że nie ma usprawiedliwienia, i że nie chodzi mu o brak kary. Był gotowy zapłacić za wszystko co zepsuł. Chodziło mu o to, że zawiódł. Mówił o tym, że musiał zadzwonić, bo ostatnie dwa dni były dla niego bardzo trudne. Zamartwiał się tym tematem tak bardzo, że żona prawie zmusiła go do wykonania telefonu. Szkoda jej było faceta, który się tak zamartwia.

Na koniec usłyszałam prośbę: „Małgorzata, nie skreślaj mnie”. I to wcale nie chodziło o zwolnienie. Jemu chodziło o utratę zaufania, o to, że chciał być wciąż postrzegany jako oddany pracownik, któremu zależy na dobru firmy.

Słuchałam tego będąc w kompletnym szoku. Czułam, że po drugiej stronie jest ktoś, kto bardzo przejął się losem naszej firmy. Nie tym, że miał ponieść karę finansową, niemałą zresztą, tylko tym, że zawiódł swoich przełożonych. Było to dla niego tak ważne, że chciał rozmawiać ze mną osobiście. I tu zdaje sobie sprawę, że jedni uznają to za lizusostwo, inni za sprytny plan uniknięcia konsekwencji, taki teatrzyk emocjonalny. Ja odebrałam to jako poczucie ogromnej odpowiedzialności spoczywające na barkach człowieka, któremu bardzo zależy, ale się pomylił. Tylko, albo aż… POMYLIŁ.

Zrozumiałam wtedy, że nie wolno nam pociągnąć pracowników do odpowiedzialności finansowej. To by nic nie dało. Dostalibyśmy zwrot poniesionych strat, ale nie o to nam chodziło. Chciałam aby ludzie zrozumieli, że są odpowiedzialni za ważne procesy w naszej firmie. Nie chodziło o straszenie ich. Tylko o zrozumienie konsekwencji jakie poniosła nasza firma przez ich błąd.

Po rozmowie z nim dotarło do mnie, ze mam dział produkcji. Tak, że tam są ludzie, którzy czują się odpowiedzialni za to co dzieje się w firmie. Którzy również się martwią kiedy nam nie idzie, radują kiedy jest ku temu powód. Dowiedziałam się, że popełniłam błąd zakładając, że zrobili to specjalnie. I co najważniejsze, zrozumiałam, że przecież nie raz popełniłam błędy. A najbardziej srogą dla mnie konsekwencją było poczucie winy i odpowiedzialności za to co zrobiłam. Każda kara nałożona na mnie, nie miała większego znaczenia w tym czasie. A jeśli tak, to dlaczego moi pracownicy z działu produkcji mieli ponieść karę dodatkową? Przecież wystarczająco się już zamartwiali i psuli sobie i rodzinie humor.

Po tym zdarzeniu, zrozumiałam, że nie można podejmować pochopnie decyzji. Należy pytać i rozmawiać zanim wyciągnie się jakiekolwiek konsekwencje. Dotarło do mnie, że dla oddanego pracownika największą karą było poczucie odpowiedzialności za popełniony błąd. To wystarczyło w zupełności, aby więcej nie popełnił takiego niedopatrzenia. W końcu nie chodziło mi o odzyskanie pieniędzy, tylko o to, aby zrozumiał i wyciągnął wnioski na przyszłość.

Szanowny Pracowniku, chciałam Ci podziękować za naszą rozmowę. Za to, ze spowodowałeś, że przejrzałam na oczy, zauważyłam człowieka, który martwi się tak samo jak ja. Za to też, że zauważyłam dział produkcji. Przypomniałam sobie jak wiele Wam zawdzięczam i jak wiele od Was zależy. Zrozumiałam też, że warto rozmawiać. Ważnym jest aby się dowiedzieć co się stało zanim wyciągniemy konsekwencje. Niby takie proste i oczywiste, a dzisiaj miałam poczucie jakbym te zasadę odkryła na nowo. I wiecie co? Cieszę się, że pracujemy wspólnie!