Targi, targi i po targach.

Dwa tygodnie tak ciężkiej pracy, że nawet nie wiem, kiedy minęły. Dzisiaj trochę o tym, jak zarządzać zasobami ludzkimi, aby wyjazd na tak prestiżowe i długie targi, jak IAA Commercial Vehicles w Hanowerze, nie okazał się koszmarem.

Wszyscy mieszkaliśmy w wynajętym domu. Siedem osób. Oddzielne sypialnie, wspólna łazienka, kuchnia, salon, ogród. Poranek zawsze ten sam. Szósta czterdzieści – pobudka i  po kolei pod prysznic. Kto kończył pukał do drzwi kolejnego. Pierwsi umyci robili śniadanie. Ostatni sprzątali po. Cały dzień na pełnym uśmiechu i z dziką radością do klienta. Aktywna sprzedaż – tak się to nazywało: „Nie czekamy aż klient zapyta i odważy się podejść. Jak tylko rzuci okiem na nasze stoisko, to spokojnie i z uśmiechem podchodzimy i pytamy co go zainteresowało.” Godzina osiemnasta była codziennie naszym zbawieniem. Koniec! Mogliśmy jechać do domu. Piętnaście minut to samo dojście do samochodu. Kolejne trzydzieści to droga do domu. Później prysznic, kolacja i czas wolny. Jedni szli spać, inni próbowali szukać relaksu. Jeszcze inni po prostu odpoczywali rozmawiając. Jak przeżyć taką kołomyję każdego dnia, gdzie nie ma czasu na spokój, ciszę, odpoczynek i co najważniejsze – prywatność? Jak przetrwać kiedy jesteś jedną z najstarszych osób, a przedział wieku pozostałych to minimum dziesięć lat mniej ode mnie?

Przed wyjazdem byłam pełna obaw. Chciałam się zakładać, że już po kilku pierwszych dniach będą spięcia, a może nawet wojna. Tyle ludzi, osobowości, przyzwyczajeń i codziennych odmiennych standardów pod jednym dachem. A okazało się, że…

Był zespół.

Ludzie przyjechali pracować. Choć bardzo mieliśmy czasami dosyć, to każdy wiedział, że grupa to całość i wszystko zależy od nas. Nie było marudzenia i narzekania, choć wiedzieliśmy, że czasami każdy najchętniej pojechałaby odpocząć. Kiedy przychodził klient, to jeden obsługiwał, a drugi go wspierał. Przynosił kawę, herbatę, kartki do pisania, prezenty na pożegnanie. Po kilku dniach rozumieliśmy się bez słów w tym zakresie.

Była odpowiedzialność.

Choć zmęczenie dawało o sobie znać, a nogi odmawiały posłuszeństwa, czuliśmy ciężar odpowiedzialności za te przedsięwzięcie. Wszystkim nam zależało na tym, aby koszty poniesione na to wydarzenie zwróciły się poprzez nawiązanie kontaktów, które przerodzą się w zamówienia. Nikt nie migał się od odpowiedzialności. Wiedzieliśmy ile to nas kosztuje, ale też zależało nam na dobrym wypełnieniu swojego zadania. Ktoś pewnie wątpi czy na pewno tak było. Może tylko ja tak podchodziłam? Odpowiadam zatem przykładem. Każdy z nas marudził po kątach czasami. Wtedy gdy jeden marudził, drugi go pocieszał i wspierał. W zespole siła!

Była wyrozumiałość.

Czasami miałam dość. Tak szczerze dość. Zbyt głośna zabawa i wariactwa młodzieży w domu. Czasami mówiliśmy, że nasze przedszkole idzie spać, bo cisza nocna nastała. A oni mimo wszystko wariowali do późnych godzin nocnych. Raz tak zaszaleli, że wariacje trwały w najlepsze budząc przy tym innych, którzy ze zmęczenia poszli spać. Nawet wtedy nie słyszałam ich wściekłości, choć należało się zabawowiczom dostać po uszach jak nic! Następnego dnia wszyscy wstali jakby nigdy nic, mimo tego, że niewyspana dwójka z bólem głowy walczyła jeszcze kilka godzin.

Było pozytywne nastawienie.

Śmiech towarzyszył nam bezustannie. Kiedy było źle, a zmęczenie brało górę, ktoś zaczynał żartować i cała reszta wtórowała. To najcenniejsza lekcja dla mnie z tego wyjazdu. Śmiech leczy wszystkie rozterki. Oczywiście, jeśli chce cała ekipa. My chcieliśmy przetrwać ten czas bez większego stresu. Tym bardziej, że ten już był na samą myśl o pracy prawie dziesięć dni poza domem. Uczucia przeplatały się między radością, że jedziemy na pierwsze tak poważne targi, a smutkiem, że będę z dala od moich bliskich.

Byliśmy my – MB Pneumatyka

Zespół, team, wspólnota, ferajna – zwał jak zwał, ale chodzi o jedno. Ludzie, którzy pracują w tej firmie mają ambicję i odwagę stawić czoła wielu wyzwaniom. Niektóre przerastają ich na początku, ale wtedy zawsze znajdzie się ktoś, kto wesprze, wyjaśni, pomoże. Sceptycy zapewne nie mogą uwierzyć. Będą krzyczeć, że to tylko moja sielankowa wizja. Wiecie co? Tak trudno uwierzyć, że moja firma to zespół ludzi, którzy potrafią i lubią pracować? Ludzi, którzy nie patrzą na pracę jak na codzienną mordęgę w godzinach 7-15? Ludzie, którzy dają z siebie znacznie więcej niż umowa określa. Tak po prostu, z potrzeby serca, rozwagi, odpowiedzialności, ambicji, poczucia przynależności do wspólnoty. Dziękuję całej ekipie, która ze mną tam była i wspólnie tworzyła nowe jutro naszej firmy.

Jestem z Was dumna, jestem Wam wdzięczna! Serdecznie dziękuję!