Ile już wywodów na temat kontrolowania czy, ładniej nazywając, nadzorowania pracy pracowników przeczytałam, to zliczyć się nie da. Teorie na temat tego: jak nadzorować, kogo, jak często, czy wymagać raportów czy nie, czy każdego tak samo, itp. przerosły moje najśmielsze oczekiwania. Kiedyś już pisałam o tym jak Ken Blanchard jest mi bliski z jego podejściem, iż nadzorować należy podle doświadczenia posiadanego i samodzielności wykazywanej przez danego współpracownika. A jednak w praktyce okazało się to znacznie bardziej skomplikowane niż w książkach i artykułach przeze mnie przeczytanych. Opowiem Wam dzisiaj kilka historii mrożących krew w żyłach, a z drugiej strony bawiących mnie do łez po czasie, gdzie wszystko działa jak powinno.

Był u nas audyt prowadzony przez naszego ważnego klienta. Przyjechała audytor i „nękał” nas przez trzy dni. Do tej pory przygotowania do tak ważnego wydarzenia odbywały się w ferworze walki oszalałej tydzień przed wyznaczonym terminem. Głównie, jak dowiedziałam się całkiem niedawno, skupiały się na tym jak zrobić, żeby audytor nie odkrył naszych słabości. Niby to nic złego, bo czyż nie o to chodzi, aby zrobić tak, żeby się nie narobić? Każda firma tak przecież robi-powiedziałby ten, który będzie się bronił. Tylko powstał jeden problem dość istotny. Po roku takiej działalności, ale też powiedzmy sobie szczerze, że po latach wcześniejszych, gdzie nasz Casanova z działu jakości również szczycił się takim podejściem, więc wielkiej różnicy nie było, narosło nam problemów na pozór nierozwiązywalnych. Dokumenty się piętrzyły, a problemy zamiatane pod dywan spowodowały, że się nasz wyimaginowany dywan wybrzuszył pod ich naporem. I znowu nic by nie było jeszcze długo tylko powstało pytanie: Jak zrobić, żeby się nie narobić i jeszcze, żeby się szefowa nie dowiedziała? Tu zapewne, Szanowny Czytelniku, nasuwa Ci się pytanie: To gdzie żeś babo była w tym czasie z tą Twoją kontrolą zwaną, za sprawą politycznej poprawności, nadzorem?!
Ależ po co ta niecierpliwość? -ja się grzecznie pytam. 

 Byłam tam, gdzie wszyscy inni oddani codzienności się podziali. W amoku dnia powszedniego! Wierzyłam bezgranicznie w swej naiwności, że jak ktoś jest dobrze opłacany, to znaczy, że dobrze wywiązuje się ze swych obowiązków.
Po pierwsze, nie wysługuje się innymi swoimi współpracownikami. Tu muszę Wam powiedzieć, że jeden mój były pracownik, to doszedł do takiej perfekcji w nic nie robieniu, że włosy na głowie same stają! A że chłopina leniwy był strasznie, to złożył Szanowny swój podpis raz, następnie kazał go zeskanować, obrobić w Paint’ie i wstawiać do maila. Mało tego! Maili też sam nie pisał. Zbyt męczące to zajęcie było widocznie. Łatwiej było wysługiwać się kolegą. A, że ten nad wyraz był wyrozumiały, to pisał za niego nie mówiąc nic nikomu. Później po Szanownego odejściu okazało się dość szybko, że najlepiej w jego skrzynce orientuje się jego współpracownik.
Po drugie, ma pomysł na siebie i swój dział. Niby to takie oczywiste, ale jak się okazuje, nie do końca. Jeden był taki inteligentny, że wmawiał mi, że pomysł ma, a im bliżej terminu audytu tym bardziej pupsko mu się paliło, aż zwiał zanim by się pogrążył w katastroficznym efekcie końcowym. Później zaś po cichu wydzwaniał do swych kolegów upewnić się czy czasami jego nieróbstwo nie wyszło na jaw przy audycie.
Ludzie to mają pomysły. A mnie się wydawało, że wyobraźni mi nie brakuje. A jednak!

Po trzecie, wie co czyni i za co odpowiada. A tu mogłabym już opowiadać historii bez liku. Jedna za to nasuwa mi się na myśl od razu. Był raz kierownik całkiem doświadczony, a przynajmniej tak nam się wydawało patrząc na jego CV. Zatrudniliśmy. Odpowiadał za cały wielki dział. Co szłam na zebranie codziennie rano, to prowadził osobiście te spotkania. Dużo mi czasu nie zabrało, aby się zorientować, że mimo doświadczenia zawodowego, on sam nie wie nic co się dzieje u nas. Pomyślałam, że skoro nowy to należy dać mu czas. Niech się wdroży. Miesiące mijały, czasu przybywało tylko stan wiedzy Pana Kierownika niekoniecznie się polepszał. Co spotkanie poranne, to jego wzrok przy każdym pytaniu błagalnie i w popłochu wędrował do kolegi z działu. Przybierał minę zadumaną, później lekko osowiałą, a na końcu mówił: „Iksiński, to może Ty odpowiedz.” Domyślałam się co jest grane, więc dostał samodzielne zadanie. Konkretne i określone w terminie. Napisał piękne wypracowanie i nawet bym już to kupiła, gdyby się nie okazało, że praca była nie jego, a znowu Iksińskiego.
Po tych kilku zdarzeniach, nie dziwcie się mi, że czasami czuję się jak Sherlock Holmes odkrywający arkana niezliczonych zagadek. Wychodzi na to, że szef to niezdara, którą można oszukiwać ile i jak się chce przez lata. Ale wiecie co? Wszystko sprowadza się do jednego. Oprócz tych krętaczy, którzy przewinęli się u mnie w firmie i myślę, że nie tylko u mnie tak bywa, mam jeszcze ekipę takich wirtuozów, że niejeden mi pozazdrości! No to jak jest z tym kontrolowaniem? -zapytacie. Ano jest tak, że jeśli skupisz się na ciągłej kontroli samodzielnie przeczesując szuwary firmowe, to dość szybko się okaże, że nie masz czasu na codzienną pracę, a wszyscy Twoi współpracownicy staną się podejrzanymi. Wpadniesz w obsesję stulecia.
Przekonałam się na własnej skórze, że mimo tego jak wielu obijało się w pracy, jest znaczna większość dojrzałych i odpowiedzialnych współpracowników. To właśnie dzięki nim się rozwijamy. I to też oni poddają selekcji naturalnej kolejnych, którym się wydaje, że w życiu można oszukać każdego. Dotarło też do mnie, że w nadzorze nie chodzi o to, aby latać w opętaniu i wszystkich podejrzewać. A o to, żeby wyznaczać cele i skrupulatnie egzekwować ich realizację. A jeszcze bardziej chodzi o to, żeby zmobilizować ludzi do wyznaczania sobie celów bez moich nacisków i oczekiwań. Takie wyzwania są znacznie bardziej doceniane i konsekwentnie przez nich samych realizowane. Z takim oto właśnie celem mierzy się mój dział jakości od kilku miesięcy. Okazało się mianowicie, że nie trzeba szaleć przed audytem przyjeżdżając ze śpiworem do pracy, w razie gdyby trzeba było siedzieć tak długo, że nie warto już wracać do domu. Audyt przeszliśmy wyśmienicie uzyskując najwyższą ocenę. Ale to co jest dla mnie najważniejsze to fakt, że po raz pierwszy niczego nie zakopywano, nie zamiatano pod dywan chowając przed audytorem czy przede mną. Ciężko pracowała cała firma według planu, który nowy szef wprowadził. Jest pomysł i jest wykonanie. Raz lepsze raz gorsze, ale prawdziwe, bez tzw. ściemy. To mnie cieszy, bardziej niż sam wynik audytu. Okazało się, że można. Wystarczy mieć tylko pomysł, plan i wykonanie. Tylko bądź aż jak kto woli.

I tym oto optymistycznym akcentem kończę te pełne humorystycznych historyjek wynurzenia. Jak to mówią grunt to nie zwariować! Życzę Wam miłego tygodnia.