Gdy słyszę, że liderem trzeba się urodzić, to śmiech mnie ogarnia. Przychodzi mi wtedy do głowy myśl, że moja mama była wyjątkowo określoną i zdecydowaną rodzicielką, skoro zachodząc w ciążę podjęła decyzję, że spłodzi liderkę. Pomijam fakt, że nie znała płci dziecka, co mogło być równie problematyczne przy tejże oto decyzji.

Przychodzi mi też do głowy pytanie, jak i kiedy opracowała plan rozwoju lidera? Należy tu zaznaczyć, że mama moja nigdy liderką nie  była. Nawet nie miała takiego zamiaru. Jej rolą było wspieranie mojego  taty w jego biznesowych poczynaniach. A z tym wiązała się decyzja, kto zajmuje się domem i pielęgnuje rodzinę, a kto stawia na rozwój osobisty i nas utrzymuje.

Jeśli miałam tak odważną i precyzyjną w swych decyzjach mamę, to  chwała Jej za to. Ale okazuje się, że moja mama najpierw była kochającą i czułą, a dopiero później,  czujnie obserwującą mój rozwój i działania. Mamo, dziękuję Ci za to, że nie zniszczyłaś mi życia odgórnie już założonym planem rozwoju własnego dziecka.

Liderką się nie rodzi!

Liderką się staje poprzez ciężką pracę. Oczywiście można mieć cechy przywódcze i takowe miałam od wczesnych lat dziecięcych. Już w pierwszej klasie podstawówki miałam bandę, którą zarządzałam. To ja decydowałam, na którym trzepaku wisimy po szkole i kiedy gramy kapslami w żużel. Do  mnie też należało wychowanie współtowarzyszy, co wielokrotnie kończyło się rękoczynami. Cóż, dzieckiem byłam wyjątkowo…wymagającym.

Dość szybko też zrozumiałam co oznacza mieć własne zdanie. Nonkonformizm wyszedł mi uszami, gdy okazało się, że mieć rude włosy, piegi i pyskatą buzię, to nic złego, tak długo, jak nie wychodzi się przed szereg „oprawców” i otwarcie kpi z ich przywódcy. Dostałam w łeb chwilę później i przez długie miesiące od tego czasu, byłam zagorzałym wyznawcą opinii ogółu.

Jednak zawsze byłam inna.

Hejtu doświadczałam od najmłodszych lat. A wszystko za sprawą błędu genetycznego, któremu uległy moje włosy i ciało. Mianowicie kolor rudy i piegi, bo o nich tu mowa, były przedmiotem wyzwisk niejednokrotnie. Miałam ogromne pretensje do moich rodziców, że w tej kwestii mocno mnie nie dopracowali. Bo jak można być walecznym piegowatym rudzielcem w  podstawówce, wie tylko ten kto nim był. Ja miałam przegwizdane, bo zamiast siedzieć cicho i nie rzucać się w oczy, walczyłam o swoje. Słowo klucz w tym przypadku to waleczność. Wychodziłam z założenia, że skoro już mnie pokrzywdzili rodzice tym wyglądem, to dopóki nie pozwolą mi zafarbować włosów na czarne, nie dam sobie napluć w kaszę. I nie  dawałam! Okupione to było ciągłymi wezwaniami moich rodziców na rozmowy do wychowawczyni, ale przynajmniej zdobyłam uznanie rówieśników. Cóż, nie o to mi chyba chodziło, ale skutek uboczny dawał jedno: mój spokój.

Upór i konsekwencja w działaniu były mi bardzo bliskie.

Gdy postanowiłam, że nie nauczę się angielskiego, bo język mi się wyjątkowo nie podobał, to mimo tysiąca godzin korepetycji, jak również próśb i gróźb moich rodziców, po angielsku nie mówiłam do szóstej klasy podstawówki. Wszystko za sprawą nauczyciela, którego nienawidziłam szczerze za to, że nie rozumiał, że mówić na forum klasy po polsku, nie  stanowiło problemu, ale po angielsku, było największą karą. Później natomiast, kiedy byłam już podlotkiem, to nie mogłam się uczyć, bo byłam zajęta zakochaniem. Nauczyciel od angielskiego był na tyle przystojny, że wszystkie dziewczyny się w nim kochały, więc i ja uparcie też. Dzięki temu, zamiast zająć się nauką na lekcjach, ja zajmowałam się obserwacją obiektu mych westchnień, co skończyło się tragicznie wtedy, kiedy się ożenił. Mój świat legł w gruzach, a wraz z nim ostatnia nadzieja rodziców,  na moją znajomość języka angielskiego. Później wysyłali mnie na kolonie do Anglii i tym sposobem, mimochodem, biegle mówię po  angielsku.

Wyznaczałam sobie cele.

Chciałam być piosenkarką. Cóż, nikt nie powiedział, że byłam niepowtarzalna. To, że moje koleżanki z pierwszej klasy, też chciały, nie przeszkadzało mi w realizacji. Śpiewałam wszędzie. Również na  lekcjach, niekoniecznie muzyki, więc i „nagroda” za trud przyszła dość szybko. Pani od matematyki nie pochwalała mojej pasji, więc dostawałam za karę dodatkowe zadania domowe. Efektem ubocznym tego działania było pójście w szkole średniej do klasy matematyczno-fizycznej. Tam jeszcze tylko raz pozwoliłam sobie na publiczny występ udając chórek Pauli Abdul na konkursie między klasowym. Niestety, z bólem serca, muszę przyznać, że śpiewałam z playbacku. Ale show był i tak przedni. Zdobyliśmy, jako klasa, drugie miejsce. Miłość ta została mi do dziś. Choć nie pielęgnuję jej z tak ogromną pasją jak za czasów dzieciństwa.

Czy miałam sprecyzowany plan na przyszłość od urodzeniu? Szczerze mówiąc nie do końca pamiętam. Z zapewnień mamy wynika, że niekoniecznie. Szczególnie za czasów niemowlęcia, nie do końca określałam swoje zawodowe preferencje. Wtedy głównie skupiałam się na zajęciach czysto fizycznych i fizjologicznych. Podobno to normalne w tym okresie.

 Czy dzisiaj jestem liderką?

Tak. Ale czy zawdzięczam to w 100% planom moich rodziców i moim? Jak zapewne wiecie, spór wśród naukowców trwa, za ile procent ukształtowania osobowości człowieka odpowiada środowisko a za ile geny? W wielkim skrócie dochodzą do porozumienia, że jest to 50% na 50%. A stąd mogę wysnuć wniosek, że liderką nie tylko się rodzi, ale też kształtuje w  toku życia. Dlatego ten, kogo mama nie zaplanowała tego tak precyzyjnie jak moja, niech się nie martwi!  Ma wciąż 50% szansy na bycie liderem przez duże „L.”